Sportowcy

Published on Listopad 5th, 2019 | by admininistrator

0

„Dziwią się, że normalnie funkcjonuję bez twarogu, jaj i piersi z kurczaka”

Rozmawiamy z Sylwią Zaczkiewicz – weganką, medalistką ostatniego Pucharu Polski w trójboju siłowym, byłą zawodniczką MMA i założycielką klubu Otwarte Serca Zaciśnięte Pięści.

Skąd pomysł na trójbój siłowy? Swoją przygodę ze sportem zaczynałaś od sportów walki.

Zacznę od tego, iż sport nie jest dla mnie przygodą, tylko bardzo ważną i nieodłączną częścią mojego życia. Dzięki niemu wyznaczam sobie cele, przekraczam granice nie tylko fizyczne, ale też psychiczne. Uprawiam sport od dziecka, sporty walki i sztuki walki od 19 roku życia. Do trzydziestki trenowałam amatorsko, na poziom zawodowy weszłam później. Przez prawie trzy lata byłam zawodniczką jednego z najlepszych w Polsce teamów MMA. Tam zrobiłam z siebie stuprocentową sportsmenkę i bardzo dojrzałam jako atletka. Niestety, w pewnym momencie nie byłam już w stanie łączyć trenowania mma na tak wysokim poziomie z pracą trenerki i prowadzeniem swojego klubu Otwarte Serca Zaciśnięte Pięści. Dyscypliny, determinacji i motywacji nigdy mi nie brakowało, ale były duże problemy ze znalezieniem walk dla mnie – z różnych przyczyn – a cały czas trenowałam na pełnych obrotach, co było obciążające nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Dodatkowo musiałam bardzo pilnować diety, ważyć nie więcej niż 71 kg, tak, żeby później nie zajechać się totalnie, zbijając wagę do kategorii -66 albo -61.

Dlatego żyłam na wiecznym deficycie kalorycznym (moja naturalna waga to 75 kg). Był czas, kiedy miałam znikomy poziom tkanki tłuszczowej, a do walki zawodowej w 2016 roku musiałam osiągnąć limit 63 kg, finalnie wniosłam na wagę 62,8.

Oczywiście nad moją dietą, odwadnianiem a później nawadnianiem czuwał dietetyk, ale i tak odbiło się to mocno na moim zdrowiu. Zbijanie wagi w sportach walki to jest zdecydowanie ciemna strona sportu (aktualnie ważę 80-81 kg, startuję w kategorii 84 kg, więc sami widzicie, jaka to była męka…).

Bardzo się męczyłam, ale nie odpuszczałam. Chciałam walczyć, ale z różnych względów walki przepadały, były odwoływane, itp. W lutym 2018 miałam walczyć w Holandii, wszystko już było klepnięte, przeszłam znowu długie przygotowania, wagę miałam już prawie zrobioną i na kilka dni przed wylotem poważnie się rozchorowałam. Wtedy czara goryczy się przelała i ten „rollercoaster” zwyczajnie się wykoleił. Z ogromnym bólem serca podjęłam decyzję o odwieszeniu rękawic, skupieniu się tylko na pracy trenerskiej, ale przede wszystkim na zdrowiu.

Dałam sobie czas na refleksje, nie mogłam patrzeć na salę treningową, nie byłam w stanie boksować, walczyć, nie chciałam trenować niczego związanego ze sportami walki.

Wtedy zupełnie spontanicznie i naturalnie zaczęłam sama trenować siłowo. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że było to dla mnie czymś w rodzaju terapii. Trenowałam sama, słuchałam oper z lat trzydziestych i totalnie rekreacyjnie ćwiczyłam hantlami, trochę ze sztangą, rzucałam sporo piłkami lekarskimi. Robiłam to systematycznie, ale bez spinania, bez przymusu codziennego treningu. Naprawdę potrzebowałam przerwy od uprawiania sportu na wysokim poziomie.

W pewnym momencie poczułam, że robię się coraz silniejsza. Chciałam jakoś tę siłę ukierunkować, więc kupiłam gryf olimpijski i postanowiłam, że zapiszę się na kurs instruktorski trójboju siłowego. Zależało mi, żeby nauczyć się techniki, skorygować błędy, by podnosić więcej.

Na kursie instruktorskim prowadzący zapytał mnie, czy nie myślałam o startach. Ja zaprzeczyłam, ale cóż… ziarno padło na żyzną glebę i już tego samego dnia zaczęłam poważnie myśleć o ewentualnym starcie w trójboju siłowym. Zaczęłam szukać trenera. Po kilku nieudanych próbach trafiłam do Kamila Jaroty, z którym współpracuję od czerwca 2019 roku.

Co najbardziej Cię zaskoczyło, kiedy zdecydowałaś się przejść na dźwiganie ciężarów? Treningi trójbojowe to jednak zupełnie inny charakter pracy niż trening na macie.

Zarówno praca na siłowni, jak i na macie wymagają niezwykłej koncentracji, cierpliwości i pokory. Zaskoczyło mnie na pewno tempo – trenując MMA, zasuwasz niemalże do zdechu, to jest jak sprint i to pod górę. Natomiast trójbój przypomina raczej maraton. Trzeba mieć w sobie naprawdę niekończące się pokłady cierpliwości. Ogromnie ważna jest też technika, którą można poprawiać i szlifować bez końca, ale to jak w każdej dyscyplinie – uczymy się cale życie.

Jest różnica, jeżeli chodzi o spadek formy. W MMA po okresie roztrenowania / wakacji szybciej wracałam do gazu treningowego, w trójboju po 9 dniach przerwy siła tak mi spadła, że powrót do treningów był dość bolesny i frustrujący, ale stopniowo, powoli wróciłam na właściwy tor.
Poza tym niewiele mnie zaskoczyło, jestem profesjonalistką, więc potrafię dostosować się do każdego rodzaju treningu.

Jaki jest obecnie Twój ulubiony bój i nad którym musiałaś najwięcej pracować?

Uwielbiam wyciskanie, przypomina mi trochę wyprowadzanie ciosów, uderzeń, czyli coś, co robiłam przez kilkanaście lat. W tym boju również potrafię zapanować nad swoją głową i nie boję się ciężaru. Ale mam duże braki techniczne, które cały czas próbujemy z trenerem wyeliminować. Przysiad lubię, ale potrzebowałam powalczyć trochę sama ze sobą i przejść pewne granice, które nie tyle stawiało mi ciało, a raczej głowa. W zasadzie to cały czas nad tym pracuję. Trójbój trenuję stosunkowo krótko i jestem jak to mówię „świeżakiem”, więc mam wiele do nauki, wiele do poprawy. Technicznie mam braki w każdym boju. Najwięcej w martwym ciągu i to jest też bój, z którym mam największe problemy. Ale wiem, że pracując systematycznie, regularnie, cierpliwie, będzie coraz lepiej. Mam świetnego trenera, który czuwa nad moimi treningami i przede wszystkim cel, więc wierzę, że będzie dobrze.

Skąd pomysł na zawody? Planujesz już dalsze starty?

Dla mnie – sportsmenki – było to od początku jasne, że jeżeli zaangażuję się w nową dyscyplinę, to po to, żeby startować i oczywiście, żeby wygrywać.
Po raptem trzech miesiącach treningów z Kamilem byliśmy na Pucharze Polski, na którym wywalczyłam srebrny medal. W każdym boju zrobiłam życiówkę. Ale był to dla mnie również niezwykle ważny i istotny start, bo po kilku latach walki o to, by wejść ponownie do oktagonu, byłam naprawdę wykończona nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim mentalnie. Czekałam bardzo długo, żeby stanąć na podium, poczuć radość ze zwycięstwa. Dzięki srebru w Skierniewicach roznieciłam w sobie na nowo ogień, który już tylko się tlił.

Na następne zawody chciałam oczywiście jechać jak najszybciej, ale Kamil zdecydował, że czekamy do marca 2020 i jedziemy walczyć na Mistrzostwach Polski w Trójboju siłowym klasycznym. Ufam mu, więc wylałam na moje ego kubeł zimnej wody i pokornie wróciłam na salę. Przede mną wiele miesięcy bardzo ciężkiej pracy.

Kiedy w Twoim życiu pojawiła się dieta wegetariańska, a potem wegańska?

Jestem wegetarianką od ponad 7 lat, weganką niecałe 2 lata.

Jak na Twoją dietę reagowali trenerzy? W sportach walki temat diety roślinnej wydaje nam się coraz bardziej popularny, ale w sportach siłowych to nadal rzadkość.

Odkąd pamiętam, to zawsze ze strony trenerów były niedowierzanie, próby przekonywania mnie, że robię źle, a nawet wyśmiewanie. Tak samo koledzy z teamu, osoby trenujące ze mną nie mogły pojąć, jak to w ogóle możliwe, że jestem na diecie roślinnej, a mam takie mięśnie i dobre wyniki.
Niestety wciąż pokutuje stereotyp, że „żeby rosło mięcho, musisz jeść mięcho”.

Staram się raczej tłumaczyć na spokojnie, pokazywać alternatywę, ale przyznam szczerze, że czasem mam naprawdę dość. Osoby ciągle pytają: „A gdzie kotlet, gdzie steki, gdzie burger? Jakie Ty białko pijesz? Ryżowe? Fuuuuuu…”. Dziwią się, że normalnie funkcjonuję bez twarogu, jaj, łososia, piersi z kurczaka. Jeżeli chodzi o sporty walki, to na przestrzeni lat dostrzegam zmiany na lepsze, ale w sportach siłowych wciąż panuje przekonanie, że tylko jedząc mięso, jesteś w stanie zbudować masę mięśniową i stanąć na podium.

Mój dietetyk Tadeusz Sowiński na początku naszej współpracy też był sceptycznie nastawiony do prowadzenia wegetarianki, obecnie weganki, ale w zeszłym roku wyznał mi, że m.in. dzięki współpracy ze mną mocno ograniczył spożycie mięsa.

Mój obecny trener często wysyła mi zdjęcia steków czy hamburgerów, ale na moje urodziny sprezentował mi odżywkę białkową roślinną, tak więc jest nadzieja.

Czy zauważyłaś jakieś pozytywne lub negatywne zmiany po przejściu z diety wegetariańskiej na żywienie w 100% roślinne?

Pozytywna zmiana jest taka, że dzięki weganizmowi zaczęłam zwracać uwagę również na inne produkty, których używam. Kosmetyki, leki, suplementy, ubrania i inne przedmioty codziennego użytku. Na chwilę obecną wyeliminowałam wszystkie produkty odzwierzęce, nie używam również żadnych produktów firm, które testują je na zwierzętach. Zaczęłam również dbać bardziej o dobro naszej planety. Mam bidon wielokrotnego użytku, pije wodę z kranu, kosmetyki ograniczyłam do minimum, staram się używać jak najmniej plastiku, na zakupy chodzę ze swoimi torbami i słoikami. Ubieram się w lumpeksach, staram się mniej wyrzucać, patrzę, co mogę przerobić, czy mogę jakiemuś przedmiotowi dać drugie, a nawet trzecie życie. Produkujemy naprawdę tony śmieci… Zanim kupię coś nowego, to zastanawiam się kilka razy, czy naprawdę tego potrzebuję. Jestem bardziej uważna i staram się myśleć w szerszej perspektywie. Dla mnie weganizm to nie tylko dieta roślinna, ale też dbanie o środowisko, codzienne podejmowanie prób dobrego życia bez krzywdzenia ludzi, zwierząt, ziemi, planety.

Jestem zdrowa, badam się regularnie i mam dobre wyniki, wypadam dobrze na treningach, dobrze się regeneruję.

Negatywna zmiana, to reakcje trenerów/osób, z którymi trenuję. Ale radzę sobie z tym, chociaż tak jak wspomniałam – miewam dość, ile można spokojnie tłumaczyć i pokazywać alternatywę?

Uważam, że nie ma co cackać się z osobami, które jedzą mięso, jedzą nabiał, a żyją w bańce i twierdzą, że absolutnie nie krzywdzą zwierząt. „Ale ja? Przecież ja mam kotka, pieski. Kocham zwierzęta”. No nie, nie kochasz. Jedząc mięso i nabiał, bierzesz udział w masowych rzeziach, przyczyniasz się do śmierci tych zwierząt, które konają w męczarniach. I to jest jedyna negatywna zmiana, że trzeba „się użerać” z takimi osobami.

Czy swoją obecną dietę konsultujesz z trenerem lub dietetykiem, czy starasz się ją układać sama? Na jakie składniki zwracasz najbardziej uwagę?

Od 4,5 roku współpracuję z dietetykiem sportowym Tadeuszem Sowińskim

Liczysz kalorie i makro składniki, czy starasz się jeść intuicyjnie?

Tadeusz układa mi wszystkie plany. Raz w tygodniu, raz na dwa tygodnie jem produkty spoza diety. Upiekę ciasto albo idziemy z Michałem, moim narzeczonym, na obiad, kolację, do którejś z wegańskich knajp. Super, że jest ich już tak dużo, wybór jest ogromny. Nie ma już wymówek, ha, ha!

Twój ulubiony sposób na szybki posiłek po treningowy?

Po treningu zawsze biorę miarkę białka, zazwyczaj jest to mieszanka białek roślinnych albo ryżowe z dodatkiem kreatyny. Posiłek to zazwyczaj przygotowane wcześniej – przeze mnie albo Michała – makaron (razowy/z soczewicy/ciecierzycy) z warzywami, tofu, oliwą, orzechami/pestkami dyni, albo komosa ryżowa z owocami, orzechami, migdałami i naturalnym jogurtem sojowym. Bardzo lubię wszelkiego rodzaju kasze, pieczone bataty. Moja dieta nie jest nudna, nie głoduję. Niektóre produkty są bardzo smakowite, nie są to ogromne ilości, ale też nie muszę się przejadać. Aktualnie w dni treningowe jem 2300 – 2500 kcal. W dni nie treningowe max 2100 kcal. W mojej rozpisce nie brakuje ziemniaków, masła orzechowego, czekolady gorzkiej, owoców. Tadeusz dba, żebym wraz z pożywieniem dostarczała organizmowi wszelkich niezbędnych witamin, białka, węgli, tłuszczy. Suplementuję witaminą B12, D, żelazo, magnez.

Co poradziłabyś osobom, które zastanawiają się nad dietą roślinną, ale boją się o swoje wyniki sportowe?

Nie bójcie się, zapewniam Was, że przy odpowiednio dobranej diecie i suplementacji nie ma znaczenia, czy zjecie na obiad kotlet z mięsa, czy z kalafiora.

Jeżeli dodatkowo zadbacie o odpowiednią regenerację, sen, a na treningach będziecie pracować cierpliwie, systematycznie i regularnie, to Wasze wyniki na pewno pójdą w górę i zaczniecie dokładać coraz więcej talerzy na sztangę. Od prawie 2 lat jestem weganką, a na chwilę obecną moje wyniki to:

  • Przysiad 145 kg
  • Wyciskanie 87,5 kg
  • Martwy ciąg 140 kg

A to dopiero początek!

Dzięki za rozmowę!


TRENINGI PERSONALNE

SPRAWDŹ JAK W PRAKTYCE POŁĄCZYĆ SPORT I WEGANIZM. Naucz się trenować w oparciu o ciężar własnego ciała, bez potrzeby wydawania pieniędzy na karnety do klubów fitness. Dzięki Vegan Workout masz też unikatową możliwość treningu z odważnikami kettlebells metodą StrongFirst pod okiem certyfikowanego instruktora. Prowadzimy również grupowe zajęcia w ramach Akademii Kettlebells Warszawa.

Dowiedz się więcej o treningach personalnych kilkając tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to Top ↑
  • .
  • Magazyn on-line






Shares